Rozmowa...

Deszcz za oknem zmagał się ze śniegiem walcząc o pierwszeństwo upadku na ziemię. Chmury najwyraźniej śpieszyły się dokądś i gnały kłębiąc się jedna przez drugą. Dreszcz przeszył mi plecy. Zimno.

- Jesteś? – zapytałem bezmyślnie wpatrzony w monitor komputera.

 

- Przecież wiesz, ale ty w pracy jesteś nie powinieneś czasem pracować a nie rozmawiać ze mną?

Spokojny niski głos dobrze mi w sumie znany odkrywany był na nowo. Każda litera wypowiedziana to inny dźwięk, niby taki sam, a jednak inny.

- Ty wszechświata nie skończyłeś, a mi morały prawisz? – wzruszyłem ramionami. W monitorze pojawił się Świetlicki i zaczął mówić, że już nigdy… Wsłuchałem się chwilę w słowa, kolejny dreszcz targnął mym ciałem.

- Chyba chcesz mi o czymś opowiedzieć lub zapytać? – głos przypomniał mi o swoim jestestwie, gdzieś wokół mnie.

Rozejrzałem się po pokoju.

- W sumie to głupio rozmawiać z tobą, skoro ty i tak wszystko wiesz, w myślach czytasz… bez sensu nie uważasz?

- Dzięki temu masz poczucie większej swojej wartości. Czytanie myśli miliardów na raz nie jest fajne, ja w sumie wolę rozmawiać mimo, ze wiem. No i możesz chwalić się że ze mną rozmawiasz.

Uśmiechnąłem się w sumie do monitora.

- Lepiej jednak żebym się nie chwalił, wiesz mam pracę, którą lubię a w wariatkowie raczej nie będę miał możliwości robienia zdjęć. Cuda zdarzają się, ale w ilościach zastraszająco mniejszych niż choćby w średniowieczu.

- Ale to żaden cud. Ot rozmowa, jakich wiele wśród ludzi.

- Właśnie, ludzi – wpadłem w słowo i mocniej zaakcentowałem „ludzi”.

- No ciebie jeszcze nie zamknęli, choć jednak chwalisz się rozmową ze mną, przecież za chwile opiszesz to, ubarwisz, podkoloryzujesz i puścisz w świat przez tego fejsa całego.

Ponownie wzruszyłem ramionami.

- Beze mnie nie ma ciebie i na odwrót, a gdybym miał nie koloryzować twoich wypowiedzi to… - zawiesiłem głos

- Wiesz co, zajęty jestem, muszę coś tam jeszcze stworzyć. Nie zawracaj mi już głowy skoro chcesz się tylko droczyć.

Trzeci raz w ciągu tej krótkiej wymiany zdań wzruszyłem ramionami.

- Nie unoś się bo jeszcze odlecisz… - powiedziałem ale poza Gnidą Świetlickiego nic więcej już nie usłyszałem.